wtorek, 23 czerwca 2015

          -Rebecka! Wstawaj!- Connor szarpał mnie za ramię. Słońce właśnie wstało, zaglądając do naszej kuchni. Pod oknem stało moje łóżko, a po przeciwległej stronie powinna spać mama. Powinna... Gdzie ona może być? Spojrzałam się pytająco na brata przez zaszklone oczy.
-Nic nie zostawiła, po prostu wyszła! Kiedy się obudziłem już jej nie było. I to jeszcze dzisiaj... w dzień dożynek!- Żyła zaczęła pulsować mu na szyj. Widać było, że nie śpi już od dobrych kilkunastu minut.
-Po prostu nie mogła spać. Za niedługo wróci.-Odparłam spokojnie i przewróciłam się na drugi bok. Prześcieradło po tej stronie było już zimne. Delikatnie zanurzyłam twarz w przyjemny chłód. Chciałam się odizolować, zamknąć, zasnąć, zapomnieć. Odkąd rok temu na arenie zginął nasz najstarszy brat, nie mogłam spokojnie spać, czekając na ten dzień, który właśnie się zaczął. Dlatego po części nie mogłam wybaczyć Connorowi, za to, że mnie obudził. Wczorajszego wieczoru miałam nadzieję, że zasnę i już nigdy się nie obudzę.
             Zawsze przyglądałam się Głodowym Igrzyskom z daleka. Wydawało mi się, że nigdy nie dosięgną mojej rodziny. Teraz patrzyłam jak rujnuje się wszystko w co niegdyś tak mocno wierzyłam. Mama codziennie przed snem płacze zamiast się modlić, sąsiedzi mówią, że nawet wiara ją opuściła. Connor, teraz, siedzi z głową w dłoniach i maniakalnie tupie stopą. Ojciec próbuje zapracować się na śmierć, a ja, ja nie potrafię już logicznie myśleć. Te pierwsze dni, po tak okrutnej stracie brata bolały najmocniej, ale dzisiaj, w rok po jego ofierze, wszystkie wspomnienia wracają.
           Przykucnęłam obok Connora i spojrzałam się w jego ciemne oczy. Miałam nadzieję, że nie będę musiała nic mówić, ale po chwili straciłam na to nadzieję. Zaczął płakać tak rzewnie i tak boleśnie, że miałam ochotę uciec stąd jak najdalej, aby tylko nie słyszeć jego szlochu. Objęłam go ramieniem i szepnęłam coś, czego nawet sama nie zrozumiałam. Siedzieliśmy tak dopóki do domu nie weszła mama. Spojrzała się na nas z żalem, a chłopak automatycznie otarł łzy jakby próbował tym dodać jej otuchy. Uśmiechnęła się do nas i objęła jego twarz dłońmi. Kciukiem otarła wilgotne powieki i pocałowała go w czoło. Musiała do tego wspiąć się na palce, bo w tej chwili jej syn przewyższał ją już o głowę. Niewiarygodne jak dobrze, ta drobna kobieta, sprawiała wrażenie silnej i odważnej.
              -Nie pozwolę im już mi odebrać któregokolwiek z was.-powiedziała i przytuliła nas do siebie.-Czas się szykować-Trzymała jeszcze chwile nasze twarze przy swoim czole po czym puściła i z powrotem wyszła na dwór.
               Kiwnęłam głową do Connora żeby poszedł za mną po czym weszłam do starej łazienki. Nie lubiłam tu przebywać, zawsze miałam wrażenie, że temu pomieszczeniu grozi zawalenie, ale te ściany przetrwały już chyba zupełnie wszytko.
-Obiecaj, że jeśli którekolwiek z nas zostanie wylosowane nie pozwolimy stoczyć się naszej rodzinie, obiecaj mi.- Szukałam jego spojrzenia, ale tylko przytaknął mi bez słowa i się odwrócił.
-Poczekaj-zatrzymałam go-kocham cię i Adama też.-przytulił mnie tak mocno jak jeszcze nikt nigdy mnie nie przytulał. Poczułam jak ciepło jego ciała przenosi się na moje. Powoli płytki oddech zaczął się uspokajać, a nasze serca zaczęły bić w równym tempie.. Choć w środku byłam rozłamana, próbowałam zachować spokój.
               Connor był ode mnie starszy o dwa lata, więc to były jego ostatnie dożynki. Pomimo wieku śmierć Adama wstrząsnęła nim najmocniej z całej rodziny. Byli nie tylko braćmi, ale najlepszymi przyjaciółmi, druhami i współpracownikami. Razem pracowali na dobrobyt naszej rodziny. Teraz, kiedy został sam, wszystko stało mu się obojętne. Stał się bezwładną szmacianą lalką podatną na rozkazy innych.
              Kiedy zamknął za sobą drzwi zdjęłam białą koszulę nocną i założyłam czystą sukienkę. Chwilę zajęło mi odnalezienie się w tym stroju, bo rzadko nosiłam spódnice. Spięłam włosy i opukałam jamę ustną.
              Rodzice już czekali na mnie przed drzwiami. Nie jedliśmy śniadania bo i tak nikt nie miał na nie ochotę. W innych dystryktach dożynki zazwyczaj odbywają się popołudniu, ale u nas dzieje się to o 10 rano. I tak większość ludzi nie może spać, dlatego bezczynnie włóczy się po ulicach. A tak przynajmniej od rana wiemy kto został skazany i reszta mieszkańców może spokojnie wrócić do domu na obiad. O ile ma taką sposobność.
            Teraz gdy patrzyłam się na Connora, jeszcze bardziej przypominał mi Adama. Obydwoje byli równie wysocy, no może Adam był trochę wyższy, ale dzisiaj już tego nie pamiętam. Wszystkie wspomnienia zamazują się w jedną białą plamę. Jedyne czego jestem pewna, to to, że oczy moich braci były zawsze równie smutne i głębokie. Dzisiaj włosy Connora były nierówno obcięte i obślizgłe ulizane wzdłuż czoła. Miał na sobie koszulę którą ciągle musiał poprawiać bo wychodziła mu z spodni.
           Na ulicy panował tłok, ludzie wolno toczyli się po chodnikach, nie zwracając uwagi na wściekłych, poganiających ich strażników pokoju. Miałam wrażenie, że w tym roku cała uroczystość się opóźnia, ale nie miałam sposobności sprawdzenia godziny.  Ruszyłam za tłumem. Pomimo, że rzadko przez te ulice  przemieszczało się naraz tyle osób, jeszcze nigdy nie słyszałam tak perfekcyjnej ciszy. Tylko od czasu do czasu ktoś odważył się chrząknąć czy kopnąć jakiś przydrożny kamień.
           Kiedy doszliśmy do bramek Connor złapał mnie za dłoń i posłał ciepły uścisk. Odwzajemniłam reakcja i odsunęłam się w stronę pozostałych dziewczyn. Spostrzegłam w tłumie kilka moich koleżanek z klasy, ale nie odważyłam się do nich podejść. Po rejestracji po prostu odsunęłam się najdalej od kogokolwiek, kto mógłby mnie zaczepić.
           Kiedy słońce schowało się za chmurami, na podeście pojawiła się Elizabeth Shere IV. Jak zawsze tłumaczyła nam coś o równowadze w dystryktach i podleganiu Kapitolowi. Później przypomniało jej się, że zapomniała się przedstawić (Chodź wszyscy i tak znali jej imię), więc nadrobiła zaległości.
            Frustrowało mnie to, że kiedy wszyscy nie mogą zachować spokoju ona potrafi sobie żartować. W końcu zlitowała się nad biednym tłumem dzieci i po kilku sprośnych zdaniach zdecydowała się podejść do puli. Przemierzyła dłonią wszystkie 2500 karteczek i wybrała jedną, a właściwie jednego nieszczęśnika. Wszyscy ludzie zaczerpli powietrza w oczekiwaniu. Otworzyła kopertę i przesadnie radosnym głosem przeczytała nazwisko... mojego brata:
-Connor Hopie- poczułam zimne dreszcze, przepływające po moim ciele. Przez chwilę nie mogłam nabrać tlenu w płuca.Wiedziałam, że mój brat teraz szuka mnie wzrokiem w tłumie, ale nie potrafiłam pokazać mu się w takim stanie. Usta drżały mi jakby od zimna, ale przecież na zewnątrz było ciepło. Chciałam powtarzać sobie, że to nie może się znów zdarzyć, ale przecież to właśnie się działo i na to przygotowywałam się przez ostatni rok.
              -A teraz panie- Elizbateth klasnęła w dłonie i zanurzyła długaśne palce w szklanej kuli.
-Rebecka Hopie- usłyszałam krzyk i szczęk matczynych kolan opadających na ziemie.